Jukace
"Godnie
święta" - święta bożonarodzeniowe, Sylwester, Nowy Rok i święto
Trzech Króli to okres, z którym związane są różne obrzędy i
zwyczaje kultywowane po dzień dzisiejszy. Spośród różnych form
kolędowania w Zabłociu - dzielnicy Żywca największym
zainteresowaniem cieszyły się i cieszą się po dzień dzisiejszy
jukace.
Jukace - inaczej "dziady" to swoisty folklor Zabłocia. Zabłocie
zaś, do roku 1950 było odrębną gminą, więcej wiejską niż
miejską. Oddziela go od Żywca rzeka Soła. Dziady zatem są zabłockie,
a nie żywieckie. Dziś różnice te zanikają lub zanikły wogóle.
Strzelanie z batów i nieudolne naśladowanie zabłockich dziadów
spotkać można na osiedlach i ulicach Żywca, bo tam mieszka dziś
wielu zabłocan, którzy na teren miasta przenieśli tradycję ojców.
50 lat temu było to nie do pomyślenia.
"Do zwyczajów dość popularnych należeli w okresie godów kolędnicy
i "Herody" oraz przebierańce i jukace zabłoccy. Najlepiej
wypadali Jukace, którzy byli specjalnością Zabłocia. Szli oni
zwartą ławą ze Zabłocia ku Żywcowi. Składali się oni początkowo
z klasycznej cyfry 13 osób. W skład ich wchodzili obowiązkowo: śmierć
z kosą, babka z kobiałką, kominiarz z drabiną, żyd z workiem i
diabeł z widłami. Pozostały orszak stanowili słynni strzelacze z
batogów długich na kilka metrów, którymi władali niebywale
sprawnie. Szli całą ławą szerząc wesołą panikę wśród setek
gapiów i przygodnych przechodniów. Początkowo wolno im było
dochodzić jedynie do mostu drogowego na Sole, dzielącego Zabłocie
od Żywca. W drugiej połowie lat trzydziestych XX wieku zakaz ten
zniesiono i wpuszczano ich już potem aż do rynku, gdzie odbywały się
ich centralne popisy."
Skąd się to wszystko wzięło - pytam Jana Zyzaka jednego z weteranów
zabłockich jukacy.
Tego dokładnie nie wiem. O to musicie zapytać profesora Miksia. On
to wie. Mówią, że jest to związane z pobytem w Żywcu króla, no
tego Jana Kazimierza.
Mikś mieszka niedaleko stąd na Zabłociu w samym prawie centrum zabłockiego
"dziadostwa".
Owszem badałem te sprawy, a wyniki tych badań opublikowałem w XIII
numerze Karty Groni. Większość podanych tam przypuszczeń obraca się
również wokół króla Jana Kazimierza i obrony miasta przed
Szwedami w roku 1656.
Ja - mówi dalej Jan Zyzak - "chodziłem" po wojnie, ale
przed wojną chodził mój ojciec, a za austriackich czasów mój
dziadek. Dzisiejsi jukace to już nie to, co było za moich czasów.
"Chodzą dzieci, takie z podstawówki, a i ubiory poszły z modą.
Nasz Tomek cały czas mówi, że nie pójdzie, a w ostatniej chwili
decyduje się i dołącza do kompanii - dodaje żona Jana, Barbara.
Dobrze, że w domu jest pas z dzwonkami, dziadowski bat i maska.
Ale
dobre i to - cieszy - że tradycja jest podtrzymywana - dodaje drugi
weteran sąsiad Henryk Piela.
O chodzeniu z jukacami dawniej myślało się cały rok, ale takie
prawdziwe przygotowania rozpoczynały się od świętego Mikołaja -
kontynuuje Jan Zyzak. Najwięcej kłopotu sprawiało zdobycie
kilkunastu dzwoneczków mocowanych do pasa. Różnie się kombinowało.
Są prawdziwe z mosiądzu, ale są też robione na zamówienie z
blachy - te dają gorszy dźwięk.
No i bat i strzelanie z bata. Technikę strzelania z bata trzeba było
opanować do perfekcji. Prawdziwy zabłocanin co się na tym zna nie
wpuścił do domu kolędującego przed domem "dziada", jeżeli
ten nie zademonstrował perfekcyjnego strzelania z bata. A nie jest to
takie łatwe.
Bat składa się z krótkiego drewnianego trzonka i przymocowanego do
niego lnianego powroza. Dawniej baty takie robili na zamówienie powroźnicy.
Bat ma długość około 3 metrów, jest coraz to cieńszy, kończy się
ciynioskiem i strzylockiem wykonanym z lnianych nici.
Kompania jukacy składała się ostatnio się z 50 - 70 chłopców po
wojsku, ale nie żonatych. Dziś te reguły nie są już ściśle
przestrzegane. Kompania taka ma swoją hierarchię i ustalone tradycją
reguły nią rządzące. Kompania jest tylko jedna, jakakolwiek
konkurencja nie wchodzi w grę. W razie spotkania "pseudodziadów"
dochodzi zwykle do ich "rozbrojenia".
Na czele kompanii stoi kasjer. Różni się od pozostałych czerwonym
strojem i stożkową czapą /ciaką/. Ma on do pomocy pięciu
poganiaczy. Poganiaczy można rozpoznać po lampasach naszywanych na
spodnie. Ich kolor oznacza również miejsce jakie zajmuje on w
piecioosobowej grupie poganiaczy. W czasie przesuwania się kompanii
dwóch z nich idzie przodem, dwóch zamyka kolumnę, a jeden stale
przebywa w bezpośrednim sąsiedztwie kasjera.
Następnymi w hierarchii są dziady. Jest ich najwięcej. Dziad musi
legitymować się już stażem w chodzeniu z dziadami na niższym
szczeblu. Dziad nosi bat, maskę i ciakę z rogami. Na ciace wypisany
jest nadchodzący nowy rok. W miejscach publicznych musi pozostawać
anonimowym, maski nie wolno mu podnosić i pozwolić się rozpoznać.
Ubranie dziada jest dowolnie wykonane według własnego pomysłu.
Dawniej obowiązkowo noszony był kożuszek z włosem odwróconym na
zewnątrz.
Następnymi w hierarchii kompanii dziadowskiej są: kominiarz, diabełek
i baba. Kominiarz ubrany jest na czarno, na głowie nosi cylinder, a
atrybutem jego pozycji jest drabinka. Diabełek musi być czarny, z
rogami i widłami. Babka nosi na głowie chustę, na szyi korale z
ziemniaków, a na rękach nosi "dziecko", czasem jeszcze
parasol. Twarz kominiarza, diabła i babki jest odkryta, dlatego role
te jako rozpoznawalne nie są chętnie przyjmowane. "Chciałem
chodzić z dziadami, ale zrezygnowałem gdy przydzielono mi rolę
babki. Wstydziłem się - wspomina Stefan Czaniecki.
Istnieje też ustalony tradycją porządek kolędowania dziadów.
Tak. Porządek jest określony i po dzień dzisiejszy jest
przestrzegany. Kolędowanie zaczyna się w noc Sylwestrową zbiórką
na placu przed dworcem kolejowym w Żywcu. W tej części biorą udział
jukace wyłącznie dorośli w liczbie około 20 - 30 osób. Tu
otrzymują numerki1, ostatnie instrukcje i stąd o północy udają się
na odbywające się w mieście zabawy sylwestrowe. Przed wojną
odwiedzali zabawy tylko w Zabłociu. Obecnie Zabłocie jest pierwsze,
ale potem przekraczają most i udają się do Żywca.
Dziady na zabawie sylwestrowej są zawsze dla mnie i wszystkich
uczestników zabawy sylwestrowej wielką atrakcją - wspomina A.
Prochownik. Gdy już wybiła godzina dwunasta i wszyscy składali
sobie noworoczne życzenia z daleka słychać było ten wspaniały,
rytmicznie wybijany w takt biegu dźwięk setek zawieszonych u pasa
dzwoneczków. Idą. Już są. Na sali podniecenie. Wszyscy wstają z
miejsc, robią miejsce tym niecodziennym gościom. Tanecznym krokiem
wpadają na salę. Pięknie i kolorowo obrani. Wszędzie słychać
rytmiczny dźwięk dzwoneczków. Ich szef podchodzi do mikrofonu, składa
uczestnikom zabawy życzenia noworoczne. Potem jest taniec dla dziadów.
Każda poproszona do tańca panna czuje się wyborem zaszczycona. Na
koniec kółeczko wokół sali i gęsiego żegnani brawami opuszczają
bal i udają się na następny.
Tak mija im czas prawie do rana.
O godzinie 5. w dzień Nowego Roku