Nad Sołą i Koszarawą - nr 1 (104) - rok  VI - 1 styczeń  2003

 poprzedni artykuł   |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|


 

Jukace

"Godnie święta" - święta bożonarodzeniowe, Sylwester, Nowy Rok i święto Trzech Króli to okres, z którym związane są różne obrzędy i zwyczaje kultywowane po dzień dzisiejszy. Spośród różnych form kolędowania w Zabłociu - dzielnicy Żywca największym zainteresowaniem cieszyły się i cieszą się po dzień dzisiejszy jukace.
Jukace - inaczej "dziady" to swoisty folklor Zabłocia. Zabłocie zaś, do roku 1950 było odrębną gminą, więcej wiejską niż miejską. Oddziela go od Żywca rzeka Soła. Dziady zatem są zabłockie, a nie żywieckie. Dziś różnice te zanikają lub zanikły wogóle. Strzelanie z batów i nieudolne naśladowanie zabłockich dziadów spotkać można na osiedlach i ulicach Żywca, bo tam mieszka dziś wielu zabłocan, którzy na teren miasta przenieśli tradycję ojców. 50 lat temu było to nie do pomyślenia.
"Do zwyczajów dość popularnych należeli w okresie godów kolędnicy i "Herody" oraz przebierańce i jukace zabłoccy. Najlepiej wypadali Jukace, którzy byli specjalnością Zabłocia. Szli oni zwartą ławą ze Zabłocia ku Żywcowi. Składali się oni początkowo z klasycznej cyfry 13 osób. W skład ich wchodzili obowiązkowo: śmierć z kosą, babka z kobiałką, kominiarz z drabiną, żyd z workiem i diabeł z widłami. Pozostały orszak stanowili słynni strzelacze z batogów długich na kilka metrów, którymi władali niebywale sprawnie. Szli całą ławą szerząc wesołą panikę wśród setek gapiów i przygodnych przechodniów. Początkowo wolno im było dochodzić jedynie do mostu drogowego na Sole, dzielącego Zabłocie od Żywca. W drugiej połowie lat trzydziestych XX wieku zakaz ten zniesiono i wpuszczano ich już potem aż do rynku, gdzie odbywały się ich centralne popisy."
Skąd się to wszystko wzięło - pytam Jana Zyzaka jednego z weteranów zabłockich jukacy.
Tego dokładnie nie wiem. O to musicie zapytać profesora Miksia. On to wie. Mówią, że jest to związane z pobytem w Żywcu króla, no tego Jana Kazimierza.
Mikś mieszka niedaleko stąd na Zabłociu w samym prawie centrum zabłockiego "dziadostwa".
Owszem badałem te sprawy, a wyniki tych badań opublikowałem w XIII numerze Karty Groni. Większość podanych tam przypuszczeń obraca się również wokół króla Jana Kazimierza i obrony miasta przed Szwedami w roku 1656.
Ja - mówi dalej Jan Zyzak - "chodziłem" po wojnie, ale przed wojną chodził mój ojciec, a za austriackich czasów mój dziadek. Dzisiejsi jukace to już nie to, co było za moich czasów. "Chodzą dzieci, takie z podstawówki, a i ubiory poszły z modą. Nasz Tomek cały czas mówi, że nie pójdzie, a w ostatniej chwili decyduje się i dołącza do kompanii - dodaje żona Jana, Barbara. Dobrze, że w domu jest pas z dzwonkami, dziadowski bat i maska.
Ale dobre i to - cieszy - że tradycja jest podtrzymywana - dodaje drugi weteran sąsiad Henryk Piela.
O chodzeniu z jukacami dawniej myślało się cały rok, ale takie prawdziwe przygotowania rozpoczynały się od świętego Mikołaja - kontynuuje Jan Zyzak. Najwięcej kłopotu sprawiało zdobycie kilkunastu dzwoneczków mocowanych do pasa. Różnie się kombinowało. Są prawdziwe z mosiądzu, ale są też robione na zamówienie z blachy - te dają gorszy dźwięk.
No i bat i strzelanie z bata. Technikę strzelania z bata trzeba było opanować do perfekcji. Prawdziwy zabłocanin co się na tym zna nie wpuścił do domu kolędującego przed domem "dziada", jeżeli ten nie zademonstrował perfekcyjnego strzelania z bata. A nie jest to takie łatwe.
Bat składa się z krótkiego drewnianego trzonka i przymocowanego do niego lnianego powroza. Dawniej baty takie robili na zamówienie powroźnicy. Bat ma długość około 3 metrów, jest coraz to cieńszy, kończy się ciynioskiem i strzylockiem wykonanym z lnianych nici.
Kompania jukacy składała się ostatnio się z 50 - 70 chłopców po wojsku, ale nie żonatych. Dziś te reguły nie są już ściśle przestrzegane. Kompania taka ma swoją hierarchię i ustalone tradycją reguły nią rządzące. Kompania jest tylko jedna, jakakolwiek konkurencja nie wchodzi w grę. W razie spotkania "pseudodziadów" dochodzi zwykle do ich "rozbrojenia".
Na czele kompanii stoi kasjer. Różni się od pozostałych czerwonym strojem i stożkową czapą /ciaką/. Ma on do pomocy pięciu poganiaczy. Poganiaczy można rozpoznać po lampasach naszywanych na spodnie. Ich kolor oznacza również miejsce jakie zajmuje on w piecioosobowej grupie poganiaczy. W czasie przesuwania się kompanii dwóch z nich idzie przodem, dwóch zamyka kolumnę, a jeden stale przebywa w bezpośrednim sąsiedztwie kasjera.
Następnymi w hierarchii są dziady. Jest ich najwięcej. Dziad musi legitymować się już stażem w chodzeniu z dziadami na niższym szczeblu. Dziad nosi bat, maskę i ciakę z rogami. Na ciace wypisany jest nadchodzący nowy rok. W miejscach publicznych musi pozostawać anonimowym, maski nie wolno mu podnosić i pozwolić się rozpoznać. Ubranie dziada jest dowolnie wykonane według własnego pomysłu. Dawniej obowiązkowo noszony był kożuszek z włosem odwróconym na zewnątrz.
Następnymi w hierarchii kompanii dziadowskiej są: kominiarz, diabełek i baba. Kominiarz ubrany jest na czarno, na głowie nosi cylinder, a atrybutem jego pozycji jest drabinka. Diabełek musi być czarny, z rogami i widłami. Babka nosi na głowie chustę, na szyi korale z ziemniaków, a na rękach nosi "dziecko", czasem jeszcze parasol. Twarz kominiarza, diabła i babki jest odkryta, dlatego role te jako rozpoznawalne nie są chętnie przyjmowane. "Chciałem chodzić z dziadami, ale zrezygnowałem gdy przydzielono mi rolę babki. Wstydziłem się - wspomina Stefan Czaniecki.
Istnieje też ustalony tradycją porządek kolędowania dziadów.
Tak. Porządek jest określony i po dzień dzisiejszy jest przestrzegany. Kolędowanie zaczyna się w noc Sylwestrową zbiórką na placu przed dworcem kolejowym w Żywcu. W tej części biorą udział jukace wyłącznie dorośli w liczbie około 20 - 30 osób. Tu otrzymują numerki1, ostatnie instrukcje i stąd o północy udają się na odbywające się w mieście zabawy sylwestrowe. Przed wojną odwiedzali zabawy tylko w Zabłociu. Obecnie Zabłocie jest pierwsze, ale potem przekraczają most i udają się do Żywca.
Dziady na zabawie sylwestrowej są zawsze dla mnie i wszystkich uczestników zabawy sylwestrowej wielką atrakcją - wspomina A. Prochownik. Gdy już wybiła godzina dwunasta i wszyscy składali sobie noworoczne życzenia z daleka słychać było ten wspaniały, rytmicznie wybijany w takt biegu dźwięk setek zawieszonych u pasa dzwoneczków. Idą. Już są. Na sali podniecenie. Wszyscy wstają z miejsc, robią miejsce tym niecodziennym gościom. Tanecznym krokiem wpadają na salę. Pięknie i kolorowo obrani. Wszędzie słychać rytmiczny dźwięk dzwoneczków. Ich szef podchodzi do mikrofonu, składa uczestnikom zabawy życzenia noworoczne. Potem jest taniec dla dziadów. Każda poproszona do tańca panna czuje się wyborem zaszczycona. Na koniec kółeczko wokół sali i gęsiego żegnani brawami opuszczają bal i udają się na następny.
Tak mija im czas prawie do rana.
O godzinie 5. w dzień Nowego Roku

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.