Wspomnienia z PRL-u - "Wino czy trucizna?"
Ostatnio
po raz kolejny przeczytałem moją ulubioną książkę "Anegdoty
z mesy" Henryka Mąki wydanej przez KAW w Szczecinie w 1987r.,
gdzie autor przedstawia wiele wesołych opowieści ludzi morza
spisanych z lat 1950-60. Książka jest niezmiernie ciekawa, bawi,
uczy i zawiera ten niepowtarzalny romantyzm PRL-u, do którego obecnie
z pewnym sentymentem wracamy. Marynarze bardzo lubili piwo w tym głównie
Żywiec a także Okocim dostarczane na polskie statki przez Baltonę.
Piwo tych browarów było rarytasem i wiemy z doświadczeń jak trudno
było je kupić. Po pracy najbardziej cenionym marynarskim trunkiem była
najlepsza z wódek polska "Wyborowa". Innym trunkiem
oficjalnym podawanym marynarzom było wino. W jednym z opowiadań w/w
książki noszącym tytuł "Gdzie kupiliście tę truciznę"
czytamy ...Tradycją wpisaną w umowę zbiorową marynarzy jest
podawanie do obiadu wina w strefie tropikalnej. Do niedawna po minięciu
Zwrotnika Raka każdy członek załogi otrzymywał do obiadu szklankę
wieloowocowego wina firmy "Las"( z Żywca). Ale tak jak nikt
nie cierpi myszy w piwie, włosa w zupie czy karalucha w herbacie, tak
marynarze nie cierpieli tego napoju. Bo tropikalne wino
"Las" było cierpkie, bez żadnego aromatu, a po jego
wypiciu większość marynarzy cierpiała na bóle głowy i rozstrój
żołądka. Narzekania na to wino były powszechne, ale z różnych
przyczyn uzależnione od armatorów stacje sanitarno-epidemiologiczne
polskich miast portowych i portowe przychodnie zdrowia dziwnie jakoś
nie mogły zdobyć się na wydanie negatywnej opinii o tym wyrobie
(centralne zarządzenia i zalecenia serwowania tego wina?). W najwyższym
stopniu zdegustowani tym marynarze statku linii zachodnioafrykańskiej
"Radom", zdjąwszy dla niepoznaki pstrokatą nalepkę,
oddali nie odpieczętowaną butelkę "tropikalnego" do
analizy stojąc w porcie w Hamburgu. Już na drugi dzień przyszła na
statek ...policja! - My w sprawie tego płynu, który oddaliście
wczoraj do portowego laboratorium - powiedzieli zdumionemu
ochmistrzowi, przedkładając dokumenty analizy, która niedwuznacznie
wykazała w winie "Las" kwas siarkowy, dodawany przez
producenta dla poprawienia klarowności i spirytus, dodawany w celu
podniesienia w nim procentu alkoholu. - Podajcie nam adres kupca, u którego
tę truciznę kupiliście. Pojedziemy go aresztować... Ponieważ
podobnie wypadły analizy "tropikalnego" w Rotterdamie,
Houston, Buenos Aires i Singapurze, polscy armatorzy ulegli. Od kilku
lat między zwrotnikami Raka i Koziorożca podawane są na statkach
biało-czerwonej bandery wyłącznie wina gronowe: algierskie, bułgarskie,
hiszpańskie, rumuńskie bądź tunezyjskie i węgierskie. Wprawdzie
najtańsze z najtańszych, ale nieszkodliwe. Cóż różnie to z
polskimi winami owocowymi bywało, ale wezmę tu w obronę słynną
niegdyś w Żywcu firmę "Las" - otóż jej wina z okresu późniejszego
czyli z lat 80-tych były produkowane wyłącznie z czystych i
zdrowych komponentów, były poszukiwane specjały z: jeżyn, czarnej
jagody, tarniny, malin czy porzeczek. Piękne kształty butelek
charakterystycznie oplatane sznurkiem, złocone ciekawe etykiety i
jakość tych win sprawiły że były rarytasem na rynku, równie jak
żywieckie piwa. Obecnie nie ma już firmy "Las" w Żywcu, a
nam zostały wspomnienia te złe i dobre z czasów niezapomnianego
PRL-u.
Edward Poskier
P.S. W artykule posłużono się wątkami z książki "Anegdoty z
mesy" Henryka Mąki, grafika Maciej Maciejewski