Wigilia mojej młodości
Wilija - jak się dawniej mawiało - to nie jest taki
zwyczajny dzień. Roboty było huk. Najpierw w szopie, bo bydląt nie
można było zbyć byle czym i byle jak. Trzeba było podkidać,
sieczki narżnąć, nanieść wody i narąbać drzewa na całe święta.
Każdy wiedział co ma robić. Nikogo nie trzeba było nukać. Wiadomo
- "komu się we wilijom skłapnie, to już cały rok będzie
bity". To też człowiek się zwijał, choć głód kiszki skręcał.
Komu ciężko było pościć strzebnął troszkę wodzianki. Ale
przeważnie cały dzień nic się nie jadło. Nawet mleka nie wolno było
się napić. Mogły tylko dzieci. Uganiacki było co nie miara.
Drzewko ubrać, posprzątać, wymyć wszystko z całorocznego brudu.
Mama od rana uwijała się koło pieca. Ciasto na kołacze rosło w
dzieżce, przykryte białą chaderką. Piekło się dopiero we wiliję,
bo prędzej by się mama od nas nie ognała. Wszystko byśmy
pozjadali. Kołacze były drożdżowe, wysokie na brytwankę. Jak człowiek
ugryzoł trzeba było gębę szeroko otwierać. Na wierzchu był ser,
mak, marmolada albo jabłka posypane posypką. Po pieczeniu trzeba było
szybko przygotowywać wieczerzę. Zanim na niebie pojawiła się
pierwsza gwiazdka, wszystko musiało być gotowe. Stół wysunięty na
środek izby. Jak była duża rodzina dostawiało się drugi.
Gospodarz przynosił siano i owies. Rozkładało się jedno i drugie
na stole i przykrywało obrusem. Na środku stołu stał krzyżyk i
dwie świece. Niektórzy przynosili łańcuch, na którym pasało się
krowy. Łańcuchem tym opasywali nogi stołu. Oznaczało to, że
rodzina i bydło mają się trzymać kupy. Na stole leżał opłatek
posmarowany miodem i kąsek chleba. Poniektórzy dawali cały okrągły
chleb, który potem gospodarz łamał na kąski, kawałek rzucał też
do maśniczki pod stołem, dla bydła. Każdy sumiennie zmówił
pacierz. Mama pilnowali czy klęczymy na obu kolanach. Ponieważ co
chałupa to inny zwyczaj, niektórzy przy stole mówili pacierz na głos.
Wszystko jodło kładło się na stół. Z pełnych misek buchała
para. Pachniało , aż w nosie wierciło, aż człowiek ślinę połykał.
Ubrani po świętalnemu, koniecznie obuci, siadaliśmy do stołu.
Jeden pusty stołek, łyżka i talerz przypominały o zmarłych z
rodziny i czekały na niespodziewanego gościa. Każdy, choćby to był
dziad po prośbie, kiedy się zjawi siądzie z wszystkimi do
wieczerzy. Mama zaświecali świeczki, a tata na stojąco najpierw
wszystkim winszowali, po tym zaczynając od mamy dawali każdemu
prosto do gęby ugryźć po kąsku opłatka, zawsze w tę stronę, w
którą wschodzi słońce. Po ojcu opłatkiem dzieliła się mama, a
potem dzieci, od najstarszego poczynając. Jeden drugiemu podawał do
gęby, nikt się nikogo nie brzydził. Zaczynaliśmy jeść wieczerzę,
tata najpierw z każdej miski odbierał po trzy łyżki do maśniczki,
która stała pod stołem. Dla bydła. Dlatego do maśniczki by przez
cały rok była pełna masła i śmietany. Po obdzieleniu się opłatkiem,
najpierw zjadaliśmy po kąsku chleba, jako bez niego nie da się żyć.
Potem zupy. Najprzód fasolową, grzybową, pomidorową, kwaśnicę na
rybiej głowie, czerwony barszcz i żur. Tego żuru warzyło się
najwięcej i piło jeszcze po przyjściu z pasterki. Człowiek się
rozgrzał, a miało to strzec przed chorobą gardła przez cały rok.
Po zupach jadło się pierogi z kapustą, kluski z makiem, fasolę z
kapustą i ziemniakami, śledzie w oliwie z razowym chlebem i smażonego
na maśle karpia z czerwonymi buraczkami. Przepijało się kompotem z
pieczarek. Każdy musiał wszystkiego poprubować choć po jednej łyżce.
Jak się już usiadło do wieczerzy , to nie wolno było nigdzie odejść.
Wszyscy się pilnowali by ich potrzeba nie zmogła. Odejście od stołu,
źle wróżyło. Gadali, że w tym roku coś go od chałupy może odścigać.
Na koniec jadło się owoce. Jabłka kroili na poły i patrzyli czy w
środku są zdrowe. To samo orzechy. Jak były zdrowe, to miało się
zdrowie przez cały rok. Po wieczerzy ktoś musiał zdmuchać świeczki.
Nikt się do tego nie kwapił, bo pół biedy jak dym szedł prosto do
góry. To zapowiadało życie i zdrowie. Gorzej jak dym szedł na bok,
a co daj Boże ku drzwiom. Wierzono, że ten co dmuchał świeczkę,
albo ktoś bliski będzie chory albo umrze. Dopiero wtedy można było
wstawać od stołu i posprzątać ździorty.
Jutro Boże Narodzenie - nie wolno trzopów myć, ani
nawet mietłą ruszyć. Nawet obiadu się nie warzyło ino zjadało
resztki od Wiliji. W szopie bydłu też się nie podkidywało ino się
im podścielało by się nie wybabrały. Na gnój wyrzucało się
dopiero w Szczepana. Po wiliji tata z mamą brali siano ze stołu, maśniczkę
i szli do szopy. Każdemu zwierzęciu dawali po szczypcie siana i
trochę wilijnego jedzenia. Resztki i ości z ryb psu i kotu. Wszyscy
świętalnie ubrani odpoczywali i śpiewali kolędy. Każdemu było
lekko na ciele i duszy. W całej chałupie pachniało jedliczką
przyniesioną prosto z lasu. Mama napocyni świątecznego kołacza.
Cieszył się człowiek jak nigdy. Panny po kryjomu wychodziły przed
chałupę. Posłuchały, z której też strony zaszczeka pies, to
stamtąd zjawi się kawaler. Inne zaś obłapiały sztachety w płocie,
ile tylko zmieściło się w rękach. Potem liczyły czy ich jest do
pary. Jak tak wyszło , to oznaczało, że się w tym roku wydadzą. O
północy ciżba w kościele była taka, że oddychać nie szło.
Wszyscy śpiewali ile tylko mieli pary: Bóg się rodzi moc truchleje.
W Boże Narodzenie wszyscy siedzieli w chałupach. Nie chodziło się
nawet do rodziny bo za wielkie święto. Dopiero w Szczepana kolędnicy
szli z gwiazdą od chałupy do chałupy. Winszowaniu i śpiewaniu kolęd
nie było końca. Już
od drzwi zaczynali śpiewać:
Dobry wiecor na baczności
Po kolyndzie mocie gości
Byście nami nie gardzili
Kolynde nom nastroili
Nom kolyndnikom.
A potem winszowali: Na scynści, na zdrowi, na Boże Narodzyni i świyntego
Scepona, żebyście byli zdrowi, weseli, jako w niebie janieli, cały
rok. Jeden z kolędników obrzucił przy tym gospodorzy owsem poświęconym
w Szczepana w kościele. Gospodarze zaś zawsze odpowiadali "Tak
to Panie Boże dej!!!".
Ze zbioru opowiadań Walerii Prochownik "Na góralskich posiadach"
wybrał i przerobił na język bardziej literacki H. Woźniak