Kalejdoskop / nie tylko / wspomnień - Z czym do
Europy
Eko-rolnictwo
Podczas ostatniego posiedzenia Rady Gabinetowej / 6. XI.
br. / premier Leszek Miller stwierdził, że o roli i znaczeniu Polski
w Unii "zadecyduje wymiar intelektualny, to, co jest związane z
nauką, badaniami naukowymi, informatyzacją". Osobiście, pogląd
ten w pełni podzielam, gdyż, jak pisałem w jednym z poprzednich
artykułów - "Matura i co dalej" w dobie strukturalnego
bezrobocia, prędzej dadzą sobie radę ludzie wykształceni i oni będą
odgrywać coraz większą rolę, nie tylko w Unii, ale także w naszym
kraju. Żywiecczyzna wydała wielu znakomitych ludzi. Sam naliczyłbym
co najmniej kilkudziesięciu i na pewno w najbliższych latach ten
dorobek pomnoży, ale mimo to, w tym jednym z najbardziej
przeludnionych rejonów kraju nadmiar rąk do pracy pozostanie.
Stąd, z pięciu, bardzo istotnych priorytetów,
wymienionych przez premiera, chciałbym szczególny nacisk położyć
na jeden, czyli na"...transfer wiedzy do gospodarki" - w
wymiarze naszych regionalnych możliwości i potrzeb.
W poprzednim numerze "Nad Sołą i Koszarawą",
próbując odpowiedzieć na pytanie, "Z czym do Europy?",
nie przypadkowo pokazałem gospodarstwo agroturystyczne państwa Krzusów,
położone w Żabnicy, na przysiółku Milówki, pod Boraczą.
Produkcja zdrowej żywności i agroturystyka, to jedna z
tych dziedzin naszej działalności gospodarczej, z którą - nie
tylko moim zdaniem - uzbrojeni w wiedzę i odpowiednio przygotowani możemy
chyba najszybciej zaistnieć na rynku Unii Europejskiej.
Rolnictwo polskie, co byśmy o nim nie mówili i o jakie
preferencje / wraz z dotacjami/, byśmy nie zabiegali, z
dotychczasowym modelem produkcyjnym, nie ma szans na konkurencję z
rolnictwem w państwach Unii. Po prostu, nie ma szans!!!
Problem to nie bagatelny, gdyż stanowi ono źródło
utrzymania, dla co czwartego Polaka!!!
Dwa miliony drobnych gospodarstw chłopskich, w których przeciętna
wielkość wynosi 4 hektary, nie jest w stanie konkurować z
wielkotowarową gospodarką rolną w krajach Europy Zachodniej. Nie
jest w stanie zapewnić godnego życia ich posiadaczom, tym bardziej,
że tam w rolnictwie zatrudnionych jest 4% ludności, podczas, gdy u
nas 25%!!!
Owszem, jest w naszym kraju pewna / niewielka/ liczba
gospodarstw, które mogą podjąć taką próbę. Mam nadzieję, że w
wielu wypadkach z powodzeniem. Ale ile może być takich gospodarstw:
10 - 20%? I to głównie gdzieś w Polsce. Może w Poznańskim,
Opolskim, w Miechowskim, czy na urodzajnych Żuławach.
A co z resztą?
Co z tą całą rzeszą maleńkich rozdrobnionych gospodarstw w Polsce
południowej?
Co w Żywieckim, gdzie średnia wielkość gospodarstwa nie przekracza
2 hektarów?
Czyżby nasi rolnicy, aby utrzymać swoje rodzinne gospodarstwa, znowu
tak, jak przed II wojną światową musieli na zarobek wyjeżdżać na
saksy?
Czyżby nie było żadnych innych szans?
Otóż, jest szansa. Leży ona w wiedzy, pracowitości i
zaradności naszych rolników. Jest kilka modeli gospodarstw, które z
powodzeniem mogą konkurować z rolnictwem w Unii Europejskiej. W
naszych - żywieckich warunkach, to głównie gospodarstwa
agroturystyczne i produkcja zdrowej żywności.
Trzeba, aby Polak, - polski góral - pomyślał i postarał się być
mądry przed szkodą.
Pomyślał tak, jak pomyśleli i postąpili państwo Krzusowie i jak
zamyśla poczynać kilkudziesięciu innych rolników prowadzących
gospodarstwa agroturystyczne.
Gdyby do tych gospodarstw doliczyć kwatery prywatne, z
których znakomita większość ma szanse przekształcić się w
gospodarstwa agroturystyczne / wystarczy mieć 0.5 ha ziemi /, to byłoby
ich w naszym powiecie ponad sto. Jak na początek, to wcale nie tak mało.
Najwięcej takich gospodarstw jest w gminach: Jeleśnia,
Węgierska Górka, Rajcza i Milówka, zaskakuje natomiast znikoma ilość
w Koszarawie, Lipowej, Łękawicy czy Ujsołach.
My, w Polsce, a tu na Żywiecczyźnie w szczególności,
- co niejednokrotnie podkreślałem - mamy wyjątkowo sprzyjające
warunki do produkcji zdrowej żywności i rozwijania agroturystyki,
czy ekoturystyki, zapewniając naszym niewielkim gospodarstwom w miarę
opłacalną produkcję, a rodzinie godziwy byt.
Ludzie mieszkający w miastach czują, coraz większą potrzebę
powrotu do natury.
Do kontaktu z bujną, nie skażoną przyrodą, czystą wodą, świeżym
powietrzem.
Coraz bardziej łakną zdrowych, regionalnych, ludowych
potraw. Chętnie także chwytają za grabie, widły czy inne narzędzie
rolnicze, aby wypoczywać w sposób aktywny.
Odpowiedzią na takie zapotrzebowanie są gospodarstwa
agroturystyczne. Dzisiaj jeszcze goszczące najczęściej naszych
rodaków, ale jutro?
Jutro, nasze przygraniczne położenie zainteresuje niewątpliwie
turystów z zachodu, tak jak już zainteresowało
zachodnioeuropejskich myśliwych. Zainteresuje, bo przemówi do nich
piękno naszego krajobrazu, bogactwo natury, folklor i ciekawe imprezy
regionalne, smaczna i zdrowa kuchnia. Przemówi, jeżeli potrafimy to
wszystko umiejętnie sprzedać.
Tej umiejętności sprzedaży trzeba nam się uczyć
szybko, bardzo szybko uczyć.
Jeżeli nie chcemy stać się "krajem tranzytowym", krajem,
przez który tylko się przejeżdża, bo on nic ciekawego nie
proponuje.
Trzeba i warto, bo - jak twierdzą znawcy przedmiotu - każde
stworzone miejsce pracy w turystyce, wyzwala potrzebę na cztery
miejsca pracy w usługach, właśnie w produkcji żywności, handlu,
pamiątkarstwie, obsłudze zmotoryzowanych turystów itd. itd.
Te cztery nowe miejsca pracy to nic innego jak
zatrudnienie owych 15-20% ludności z 25% zatrudnienia w rolnictwie i
zbliżenie się do parametrów europejskich, z zachowaniem naszego
tradycyjnego chłopskiego rolnictwa. Myślę, że gra jest warta świeczki.
Ale agroturystyka, to jeden z dwu czynników warunkujących
konkurencyjność naszych rodzinnych gospodarstw chłopskich w
stosunku do wielkotowarowego rolnictwa zachodnioeuropejskiego. Drugim
jest produkcja zdrowej żywności na potrzeby rynku krajowego i na
eksport.
Polska, w odróżnieniu od państw zachodnich, zużywa średnio 3-4
razy mniej nawozów mineralnych, a kilkanaście razy mniej środków
ochrony roślin w przeliczeniu na 1 ha użytków rolnych. W naszym
regionie zużycie to jest jeszcze mniejsze, co pozwala sądzić, że
skażenie naszych gleb metalami ciężkimi i innymi związkami nie
powinno mieć miejsca.
Stąd uzyskanie certyfikatu żywności ekologicznej także
nie powinno stanowić problemu.
Doświadczenia - prawie, że - naszej sąsiadki, Jadwigi
Łopata ze Stryszowa i współpracujących z nią rolników wskazują,
że popyt na taką żywność rośnie, ciekawiej także kształtują
się jej ceny zbytu. Wytwarzanie ekologicznej żywności,
przetwarzanie jej, opracowując odpowiednie eko - technologie, to może
być "nasza broń", którą wytoczyć możemy konkurując z
rolnictwem w państwach Unii Europejskiej.
Ograniczone łamy artykułu nie pozwalają mi na szczegółowe
omawianie przebiegu procesu szkolenia rolników oraz spełnienia przez
nich warunków, umożliwiających uzyskanie statusu producenta zdrowej
żywności, dlatego zainteresowanych odsyłam do Ośrodka Doradztwa
Rolniczego w Żywcu. Polecam także kontakt z panią Krystyną Stasica,
która na terenie podopiecznych gmin: Milówka, Węgierska Górka ma
ciekawe i bogate doświadczenia na tym polu.
Od siebie pragnę dodać, że jako człowiek od dziecka
związany ze wsią i rolnictwem, wiem jak znojna jest praca rolnika.
Dlatego z największym szacunkiem odnoszę się do poczynań tych
rolników, którzy nie godzą się aby mimo niezbyt opłacalnej
produkcji rolnej, ziemia - nasze największe dobro - leżała odłogiem.
Z uznaniem także odnoszę się do pomocy władz, które
zdecydowały się pokrywać koszty badania ziemi oraz dopłacać w
granicach kilkudziesięciu złotych do hektara uprawianej ziemi, w
gospodarstwach, które legitymować się będą certyfikatem.
Na pewno nie są to kwoty w pełni rekompensujące spadek opłacalności
produkcji rolnej, ale - ziarnko do ziarnka.
Wierzę, że tak starosta jak i wójtowie poszczególnych
gmin, mając na uwadze ożywienie gospodarcze regionu, związane z
eko-rolnictwem, na tej pomocy nie poprzestaną.
Antoni Urbaniec