Nad Sołą i Koszarawą - nr 23 (102) - rok  V - 1 grudzień  2002

 poprzedni artykuł   |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|


 

Kalejdoskop / nie tylko / wspomnień - Z czym do Europy

Eko-rolnictwo

   Podczas ostatniego posiedzenia Rady Gabinetowej / 6. XI. br. / premier Leszek Miller stwierdził, że o roli i znaczeniu Polski w Unii "zadecyduje wymiar intelektualny, to, co jest związane z nauką, badaniami naukowymi, informatyzacją". Osobiście, pogląd ten w pełni podzielam, gdyż, jak pisałem w jednym z poprzednich artykułów - "Matura i co dalej" w dobie strukturalnego bezrobocia, prędzej dadzą sobie radę ludzie wykształceni i oni będą odgrywać coraz większą rolę, nie tylko w Unii, ale także w naszym kraju. Żywiecczyzna wydała wielu znakomitych ludzi. Sam naliczyłbym co najmniej kilkudziesięciu i na pewno w najbliższych latach ten dorobek pomnoży, ale mimo to, w tym jednym z najbardziej przeludnionych rejonów kraju nadmiar rąk do pracy pozostanie.
   Stąd, z pięciu, bardzo istotnych priorytetów, wymienionych przez premiera, chciałbym szczególny nacisk położyć na jeden, czyli na"...transfer wiedzy do gospodarki" - w wymiarze naszych regionalnych możliwości i potrzeb.
   W poprzednim numerze "Nad Sołą i Koszarawą", próbując odpowiedzieć na pytanie, "Z czym do Europy?", nie przypadkowo pokazałem gospodarstwo agroturystyczne państwa Krzusów, położone w Żabnicy, na przysiółku Milówki, pod Boraczą.
   Produkcja zdrowej żywności i agroturystyka, to jedna z tych dziedzin naszej działalności gospodarczej, z którą - nie tylko moim zdaniem - uzbrojeni w wiedzę i odpowiednio przygotowani możemy chyba najszybciej zaistnieć na rynku Unii Europejskiej.
   Rolnictwo polskie, co byśmy o nim nie mówili i o jakie preferencje / wraz z dotacjami/, byśmy nie zabiegali, z dotychczasowym modelem produkcyjnym, nie ma szans na konkurencję z rolnictwem w państwach Unii. Po prostu, nie ma szans!!!
   Problem to nie bagatelny, gdyż stanowi ono źródło utrzymania, dla co czwartego Polaka!!!
  Dwa miliony drobnych gospodarstw chłopskich, w których przeciętna wielkość wynosi 4 hektary, nie jest w stanie konkurować z wielkotowarową gospodarką rolną w krajach Europy Zachodniej. Nie jest w stanie zapewnić godnego życia ich posiadaczom, tym bardziej, że tam w rolnictwie zatrudnionych jest 4% ludności, podczas, gdy u nas 25%!!!
   Owszem, jest w naszym kraju pewna / niewielka/ liczba gospodarstw, które mogą podjąć taką próbę. Mam nadzieję, że w wielu wypadkach z powodzeniem. Ale ile może być takich gospodarstw: 10 - 20%? I to głównie gdzieś w Polsce. Może w Poznańskim, Opolskim, w Miechowskim, czy na urodzajnych Żuławach.
A co z resztą?
Co z tą całą rzeszą maleńkich rozdrobnionych gospodarstw w Polsce południowej?
Co w Żywieckim, gdzie średnia wielkość gospodarstwa nie przekracza 2 hektarów?
Czyżby nasi rolnicy, aby utrzymać swoje rodzinne gospodarstwa, znowu tak, jak przed II wojną światową musieli na zarobek wyjeżdżać na saksy?
Czyżby nie było żadnych innych szans?
   Otóż, jest szansa. Leży ona w wiedzy, pracowitości i zaradności naszych rolników. Jest kilka modeli gospodarstw, które z powodzeniem mogą konkurować z rolnictwem w Unii Europejskiej. W naszych - żywieckich warunkach, to głównie gospodarstwa agroturystyczne i produkcja zdrowej żywności.
Trzeba, aby Polak, - polski góral - pomyślał i postarał się być mądry przed szkodą.
Pomyślał tak, jak pomyśleli i postąpili państwo Krzusowie i jak zamyśla poczynać kilkudziesięciu innych rolników prowadzących gospodarstwa agroturystyczne.
   Gdyby do tych gospodarstw doliczyć kwatery prywatne, z których znakomita większość ma szanse przekształcić się w gospodarstwa agroturystyczne / wystarczy mieć 0.5 ha ziemi /, to byłoby ich w naszym powiecie ponad sto. Jak na początek, to wcale nie tak mało.
   Najwięcej takich gospodarstw jest w gminach: Jeleśnia, Węgierska Górka, Rajcza i Milówka, zaskakuje natomiast znikoma ilość w Koszarawie, Lipowej, Łękawicy czy Ujsołach.
   My, w Polsce, a tu na Żywiecczyźnie w szczególności, - co niejednokrotnie podkreślałem - mamy wyjątkowo sprzyjające warunki do produkcji zdrowej żywności i rozwijania agroturystyki, czy ekoturystyki, zapewniając naszym niewielkim gospodarstwom w miarę opłacalną produkcję, a rodzinie godziwy byt.
Ludzie mieszkający w miastach czują, coraz większą potrzebę powrotu do natury.
Do kontaktu z bujną, nie skażoną przyrodą, czystą wodą, świeżym powietrzem.
   Coraz bardziej łakną zdrowych, regionalnych, ludowych potraw. Chętnie także chwytają za grabie, widły czy inne narzędzie rolnicze, aby wypoczywać w sposób aktywny.
   Odpowiedzią na takie zapotrzebowanie są gospodarstwa agroturystyczne. Dzisiaj jeszcze goszczące najczęściej naszych rodaków, ale jutro?
   Jutro, nasze przygraniczne położenie zainteresuje niewątpliwie turystów z zachodu, tak jak już zainteresowało zachodnioeuropejskich myśliwych. Zainteresuje, bo przemówi do nich piękno naszego krajobrazu, bogactwo natury, folklor i ciekawe imprezy regionalne, smaczna i zdrowa kuchnia. Przemówi, jeżeli potrafimy to wszystko umiejętnie sprzedać.
   Tej umiejętności sprzedaży trzeba nam się uczyć szybko, bardzo szybko uczyć.
Jeżeli nie chcemy stać się "krajem tranzytowym", krajem, przez który tylko się przejeżdża, bo on nic ciekawego nie proponuje.
   Trzeba i warto, bo - jak twierdzą znawcy przedmiotu - każde stworzone miejsce pracy w turystyce, wyzwala potrzebę na cztery miejsca pracy w usługach, właśnie w produkcji żywności, handlu, pamiątkarstwie, obsłudze zmotoryzowanych turystów itd. itd.
   Te cztery nowe miejsca pracy to nic innego jak zatrudnienie owych 15-20% ludności z 25% zatrudnienia w rolnictwie i zbliżenie się do parametrów europejskich, z zachowaniem naszego tradycyjnego chłopskiego rolnictwa. Myślę, że gra jest warta świeczki.
   Ale agroturystyka, to jeden z dwu czynników warunkujących konkurencyjność naszych rodzinnych gospodarstw chłopskich w stosunku do wielkotowarowego rolnictwa zachodnioeuropejskiego. Drugim jest produkcja zdrowej żywności na potrzeby rynku krajowego i na eksport.
Polska, w odróżnieniu od państw zachodnich, zużywa średnio 3-4 razy mniej nawozów mineralnych, a kilkanaście razy mniej środków ochrony roślin w przeliczeniu na 1 ha użytków rolnych. W naszym regionie zużycie to jest jeszcze mniejsze, co pozwala sądzić, że skażenie naszych gleb metalami ciężkimi i innymi związkami nie powinno mieć miejsca.
   Stąd uzyskanie certyfikatu żywności ekologicznej także nie powinno stanowić problemu.
   Doświadczenia - prawie, że - naszej sąsiadki, Jadwigi Łopata ze Stryszowa i współpracujących z nią rolników wskazują, że popyt na taką żywność rośnie, ciekawiej także kształtują się jej ceny zbytu. Wytwarzanie ekologicznej żywności, przetwarzanie jej, opracowując odpowiednie eko - technologie, to może być "nasza broń", którą wytoczyć możemy konkurując z rolnictwem w państwach Unii Europejskiej.
   Ograniczone łamy artykułu nie pozwalają mi na szczegółowe omawianie przebiegu procesu szkolenia rolników oraz spełnienia przez nich warunków, umożliwiających uzyskanie statusu producenta zdrowej żywności, dlatego zainteresowanych odsyłam do Ośrodka Doradztwa Rolniczego w Żywcu. Polecam także kontakt z panią Krystyną Stasica, która na terenie podopiecznych gmin: Milówka, Węgierska Górka ma ciekawe i bogate doświadczenia na tym polu.
   Od siebie pragnę dodać, że jako człowiek od dziecka związany ze wsią i rolnictwem, wiem jak znojna jest praca rolnika. Dlatego z największym szacunkiem odnoszę się do poczynań tych rolników, którzy nie godzą się aby mimo niezbyt opłacalnej produkcji rolnej, ziemia - nasze największe dobro - leżała odłogiem.
   Z uznaniem także odnoszę się do pomocy władz, które zdecydowały się pokrywać koszty badania ziemi oraz dopłacać w granicach kilkudziesięciu złotych do hektara uprawianej ziemi, w gospodarstwach, które legitymować się będą certyfikatem.
Na pewno nie są to kwoty w pełni rekompensujące spadek opłacalności produkcji rolnej, ale - ziarnko do ziarnka.
   Wierzę, że tak starosta jak i wójtowie poszczególnych gmin, mając na uwadze ożywienie gospodarcze regionu, związane z eko-rolnictwem, na tej pomocy nie poprzestaną.

Antoni Urbaniec

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.