Mirosław Miodoński: Szlakiem żywieckich legionistów
CHYSZÓWKI 4 lipca 2001
Dziś jesteśmy w Beskidach. Jedziemy ze szwagrem
Andrzejem po trasie Sucha-Maków-Rabka-Mszana-Limanowa. Przepiękna
pogoda. W połowie listopada 1914 już śnieżyło.
Wtedy
w tym rejonie znalazły się bataliony strzelców Józefa Piłsudskiego.
Był to dramatyczny okres zmagań na froncie, kiedy to Rosjanie
podchodzili pod Twierdzę Kraków. Armia austriacka cofała się, a
jej dowództwo planowało opuszczenie Galicji, obronę przełęczy
karpackich i Bramy Morawskiej. Na zachód przewalały się też rzesze
cywilnych uchodźców. Docierali oni również do Żywca, stąd przez
Zwardoń udawali się w głąb monarchii habsburskiej. Wskutek wieści
dochodzących z frontu, w Żywcu spodziewano się wszystkiego
najgorszego, skoro przewodniczący Powiatowego Komitetu Narodowego dr
Wiktor Idziński zdecydował się spalić wykazy wysłanych na front
ochotników żywieckich, aby nie wpadły one w ręce Moskali (dlatego
nie mamy dziś tego cennego źródła wiedzy historycznej). Decyzja
okazała się przedwczesna; rosyjski „walec parowy” został
powstrzymany i odepchnięty na przełomie listopada i grudnia.
Strzelcy Komendanta Piłsudskiego mieli w tym dziele swój skromny,
ale błyskotliwy udział - to oni odnieśli pierwszy, rzec można
psychologiczny sukces w bitwie pod Limanową. Wśród zwycięzców
byli nasi krajanie z II batalionu por. Józefa Olszyny-Wilczyńskiego.
Chcemy dzisiaj dotrzeć do miejsca, gdzie oni walczyli - wieś Chyszówki
w powiecie limanowskim.
Komendant Piłsudski wspominał po latach, że Beskid
Wyspowy jesienią 1914 był najspokojniejszym
miejscem
na całym froncie - właśnie do połowy listopada. Wtedy to po
wyczerpujących walkach na Kielecczyźnie strzelców przerzucono przez
Kraków do Galicji. Kwaterowali najpierw w rejonie Suchej i Makowa.
Ale nie dało się długo wypoczywać. Wkrótce miało dojść do
decydującego o losach wojny starcia obu wrogich armii.
Właśnie zbliżamy się do wsi Dobra, do której pod
wieczór 23 listopada 1914 dotarły maszerujące na pomoc cofającym
się kawalerzystom węgierskim oddziały polskie. Tutaj okazało się,
że miejsc na kwaterach brakuje. Zapowiadała się noc pod gołym
niebem, a mróz już był znaczny. Dumni honwedzi łaskawie
poinformowali Polaków, że wolne kwatery znajdą w odległych o jakieś
4-5 km wsiach Jurków i Chyszówki, choć może tam już być
nieprzyjaciel. Wiadomość o obecności Rosjan w Chyszówkach
wkrótce
potwierdziła miejscowa ludność. Komendant Piłsudski nie wahał się
długo; rozkazał Chyszówki zdobyć - na kwatery dla zmęczonych
piechurów.
Skręcamy w prawo do Jurkowa. Utwardzona smołą
nawierzchnia pogarsza się z każdym kilometrem. W Chyszówkach droga
ostro pnie się w górę. Mijamy grupę ludzi z grabiami na ramionach,
jakiś leniwy pies bez pośpiechu ustąpił nam miejsca na rozgrzanej
jezdni. Wieś zostaje w dolinie po lewej, a my zbliżamy się do Przełęczy
imienia Edwarda Śmigłego-Rydza. Był on wtedy dowódcą nocnej
wyprawy przy 20-stopniowym mrozie na Chyszówki. Trzy kompanie strzelców
z II i III batalionu otoczyły wieś od północy i południa, a kiedy
czujki obu ramion kleszczy spotkały się na przełęczy - nastąpił
atak. Około godziny 2 w nocy Polacy zeszli do wsi i nieomal bez strzału
wzięli do niewoli kompletnie zaskoczonych 89 rosyjskich kawalerzystów.
Zdobyto też ich konie. Nareszcie można było wypocząć w ciepłych
chatach.
Był to wspaniały sukces zmącony jedynie śmiercią
jednego z żołnierzy, który zginął zresztą przez własną nieuwagę
- jego jeniec spróbował ucieczki, dopadł broni, którą uprzednio
zdał i zastrzelił Polaka. Uciekiniera w gaciach ponownie pojmano. Piłsudski
wspomina, że przeprowadził z nim ciekawą rozmowę, po czym...
zwolnił. W jego zamyśle były jeniec miał uświadomić Rosjanom siłę
polskiego wojska. Był to wszak pierwszy od dłuższego czasu sukces
wojsk cesarza Franciszka Józefa na froncie rosyjskim. Była to
najlepsza zapowiedź ich zwycięstwa w wielkiej bitwie pod Limanową.
Również ówcześnie tak to komentowano w c.k. armii, ze zdziwieniem
dostrzegając w niej polskich ochotników...
Stajemy na przełęczy. Tuż obok widzę
charakterystyczne drogowskazy rozpoczynające szlaki turystyczne na Łopień
i Mogielnicę. Podchodzę do stojących nieopodal na ogrodzonej
parceli pomników. Jest tam strzelisty
krzyż
drewniany z 1928 roku, ufundowany przez Stowarzyszenie Młodzieży
Polskiej z Dobrej "na znak hołdu dla bohaterów...". Obok w
1938 stanął obelisk kamienny od społeczeństwa ziemi limanowskiej
"na pamiątkę bojów I Brygady Legionów Polskich".
Wreszcie w 1988 postawiono tutaj staraniem kombatantów Armii Krajowej
potężny blok granitu "w hołdzie poległym żołnierzom
SZP-ZWZ-AK-PSZ i wszystkim walczącym z okupantem niemieckim i
sowieckim w latach 1939-1956 o wolną i niezawisłą Ojczyznę".
Tak to na atrakcyjnej turystycznie przełęczy w
Beskidzie Wyspowym splotły się różne wątki naszej najnowszej
historii. Jest nad czym podumać wyciągnąwszy się na łące do słońca.
Ileż się zmieniło w ciągu tych prawie 100 lat - a przecież tutaj
wszystko pewnie jak dawniej. Polska powróciła...
Po jakiejś chwili usatysfakcjonowani pobytem w tym miejscu wsiadamy
do samochodu i zjeżdżamy do Dobrej. Dobra nasza.