Kalejdoskop / nie tylko / wspomnień - Z czym do
Europy
Europa! Europa!
Potrzeba napisania jakiegoś "ekstra"
artykułu do setnego numeru naszego dwutygodnika sprowokowała mnie do
sięgnięcia pamięcią daleko wstecz i spięcia klamrą, tamtych
wspomnień z czasami najnowszymi. Pierwszy raz w Rosji - przepraszam,
w Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich - bo tak wówczas
nazywało się to mocarstwo, byłem z wycieczką, jako działacz Związku
Młodzieży Wiejskiej, w 1961 r. Było to dla mnie przeżycie nie
lada.
Moskwa robiła ogromne wrażenie, a manifestacja 1
majowa, w której wzięliśmy udział, defilując w czołówce
uczestników, tylko z placu Dzierżyńskiego na plac Czerwony, gdzie
skierowano nas na z góry przygotowane miejsce na wprost trybuny głównej,
na której stali najwyżsi dostojnicy radzieckiego państwa i skąd
mogliśmy oglądać cały jej imponujący przebieg pozostawiła
niezapomniane doznania. Był to imponujący pokaz, defilujących w
wielkich, wyrównanych, rozwiniętych szeregach, żołnierskich
pododdziałów, militarnej potęgi, - najnowocześniejszego
uzbrojenia, włącznie z ruchomymi wyrzutniami rakiet, a także, tysięcy
manifestujących tłumów, oraz różnorodnych pomysłowych dekoracji
na samochodach. Sprzeczności - chyba podobnie jak nieszczęścia -
lubią jednak chodzić parami.
Kiedy po manifestacji, spożyliśmy obiad w turystycznym
hotelu, dano nam wolną rękę na zwiedzanie Moskwy, polecając m. in.
Park im. M. Gorkiego, w którym występy artystyczne, różnego
rodzaju popisy i tańce miały trwać do późnej nocy. Jakoż w kilku
przyjaciół postanowiliśmy dotrzeć do centrum Moskwy i pospacerować
także po Parku Gorkiego.
Autobusy miejskie, którymi zamierzaliśmy tam dojechać,
przepełnione były do granic możliwości. Trzeba było się w nie
wpychać na siłę. Tak też zrobiliśmy. Zaatakowałem pierwszy nadjeżdżający
autobus i ...
Kiedy autobus ruszył i zamknęły się za mną drzwi, stwierdziłem z
przerażeniem, że jestem, tylko ja jeden, z całej naszej grupy, a co
gorsza, adresu hotelu nie pamiętałem. Co było robić?. Pojechałem
do centrum i zacząłem kluczyć, bo przecież, tam mogłem spotkać
kogoś z naszych. W tym miejscu muszę wpleść małą dygresję.
Pierwszy raz w życiu, sam jeden zostałem wyrzucony na bruk wielkiego
miasta i jakoś sobie poradziłem, a zdobyte wówczas doświadczenie
wielokrotnie przydawało mi się w życiu. Dotarłem do Parku Gorkiego,
spacerowałem, podziwiałem wspaniałe popisy zespołów
artystycznych, z zaciekawieniem przyglądałem się wesołej zabawie
mieszkańców. Tańcom, ot tylko przy harmoszce, tak jak to w czasie
odbudowy Warszawy bywało, popisom sportowym itp. itd.Tym razem,
jednak, największe wrażenie zrobiły na mnie, siedzące na ławeczkach
w parku ubrane skromnie i raczej biednie, rosyjskie kobieciny. Byłem
tym zaskoczony. Tak ubrane, biedne kobieciny spotykało się u nas
raczej w odległych wioskach, ale w Żywcu?
W Żywcu zaczynała już panować "europejska moda". Mnie,
wiejskiego chłopca, ten ubożuchny wygląd kobiecin, wręcz ujął za
serce. Przypomniał mi, że tak jak matki Polki i one należą do
jednego - słowiańskiego- ciężko doświadczanego przez życie pnia.
Prawdę o tym widoku, miałem zrozumieć dopiero w kilka lat później.
Uświadomił mi ją jeden z moich rosyjskich przyjaciół, mówiąc z
pewnym sarkazmem: Wy "polskie pany" zapominacie, że naród
nasz przeżył w dwudziestym wieku dwie wielkie tragedie - rewolucję
październikową i drugą wojnę światową. Że w tych tragicznych
wydarzeniach wyginął kwiat naszego męskiego rodu. U was kobiety mogą
się ubierać i stroić, bo ma na to kto pracować, u nas, kobiety
muszą pracować za siebie i za mężczyzn.Od tamtych - odległych lat
- w świecie i w Rosji - zmieniło się bardzo wiele, ale śledząc
naszą prasę, oglądając telewizję, odnoszę wrażenie, że my
"polskie pany", nadal tego nie dostrzegamy. Nie wiem skąd w
środkach masowego przekazu, bierze się taka nutka wyniosłości
wobec naszego wschodniego sąsiada? Dlaczego z taką satysfakcją
odnotowujemy, wszystkie jego prawdziwe i domniemane potknięcia?
Dlaczego próbujemy rozdrapywać zabliźniające się rany i urazy?
Czyżby w naszej wspólnej historii nie było i tak, że my, także
zadawaliśmy im bolesne rany? Czyżbyśmy byli aniołkami? Jaką mamy
z tego jątrzenia korzyść? Jaki pożytek?
Rosja, podobnie jak nasz kraj przechodzi - na swój sposób
- okres transformacji.
Po rozpadzie Związku Radzieckiego, po dużych zawirowaniach
gospodarczych i niewątpliwym kryzysie państwa, zaczyna, powoli,
stopniowo, ale znacznie dynamiczniej niż my odbudowywać swoją
gospodarkę. Rosja to wielki - ogromny kraj. Przez całe dziesięciolecia
była dla nas największym partnerem handlowym, tak w zaopatrzeniu
surowcowym jak i jako rynek zbytu. Dzisiaj, o ropę z Morza
Kaspijskiego rozpoczęły swoje podchody Stany Zjednoczone. O chłonny
- rosyjski rynek zbytu, zabiega cała Zachodnia Europa. A my
"polskie pany", zamiast rozwijać i umacniać ocieplające
się stosunki, szukamy przysłowiowej "dziury w całym".
Jaki mamy w tym interes? Komu na tym zależy? Nikt przecież nie
zamyka nam drogi do Unii Europejskiej. Byliśmy w tej Europie, jesteśmy
i będziemy. Jeżeli napotykamy na przeszkody, w dogadaniu się o
warunki i zasady przystąpienia do tej Unii, to nie ze strony wschodu.
Ale to te niezbyt korzystne dla nas warunki, a także przeszkody, na
jakie napotykamy w rokowaniach powinny być dla nas sygnałem, że
owszem cywilizacyjnie, kulturowo, absolutnie powinniśmy być w
Europie. Że możemy być w niej, w pewnej mierze, konkurencyjni, w
turystyce, rolnictwie - głównie ekologicznym, może myśli naukowo
-technicznej. Ale w przemyśle???
W przemyśle, co mieliśmy konkurencyjnego, to dawno oni wykupili, a
co cenniejsze technologie wywieźli do siebie. Z czym więc do Europy?
W przemyśle mamy szansę wymiany handlowej z krajami bałtyckimi,
Ukrainą, Białorusią i Rosją. Zwłaszcza Rosją, bo jest to ogromny
rynek zbytu i w miarę jak kraj ten będzie się rozwijał, a jego
obywatele będą stawać się zamożniejszymi, rynek ten będzie coraz
bardziej chłonny. I jeżeli już nie wspólna słowiańska krew, to
przynajmniej ten czynnik winien być decydujący o naszym widzeniu
Rosji. Kiedy więc słucham, lub czytam, co na temat Rosji i naszych z
nią stosunków mają do powiedzenia wielkie - stołeczne tytuły,
telewizja i otaczający je "kibice" to zastanawiam się,
czy, aby oni dobro Polski mają na uwadze? Czy aby propaganda ta
uprawiana jest za nasze polskie pieniądze?
Antoni Urbaniec.