Prosto z mostu
Kazano (nakazano - polecono) mi napisać felieton
jubileuszowy, a więc setny. Miała to być taka laurka, czyli bałwochwalczy
tekst, że przez te sto numerów gazety było och i ach. Guzik prawda.
Jak zawsze czepiałem się wszystkich i wszystkiego, tak tym razem będę
się czepiał swoich. Już w pierwszym numerze prawie przed czterema
laty, naczelny czyli H. Woźniak wyłożył " kawę na ławę",
skąd się wzięliśmy, kim jesteśmy i co chcemy. Muszę przyznać że
tego credo staramy się do dziś trzymać. Wprawdzie na początku wróżono
nam krótki żywot, szczególnie robili to lokalni konkurenci.
Rzeczywistość okazała się inna. Zaś skalą popularności była
paleta kandydatów do rad wszystkich szczebli, gdzie gazeta z normalną
zawartością tekstu "spuchła" do prawie 50 stron. A więc
"wygnani" z Gazety Żywieckiej, daliśmy sobie radę, choć
przyznać trzeba, że były i chude i tłuste dni. Najważniejsze, że
zaistnieliśmy i jesteśmy dla czytelników, a bardzo rzadko dla
siebie ( no może z okazji wyborów, gdyż aż trzech z nas kandydowało).
Z okazji tej "setki" jest przedstawiona galeria nazwisk, które
przewinęły się przez tą gazetę. Ale nie byłoby gazety, gdyby nie
było związanych z nią ludzi. Nie chodzi tutaj o nazwiska
zamieszczone w stopce redakcyjnej. One też są ważne, ale o nich na
końcu. Nikt zresztą nie upoważnił mnie do oceny sylwetek sympatyków
gazety, ale ja jako przewrotny człowiek to zrobię. Zaczynam od pań.
Mamy w redakcji trzy panie na stałe związane z gazetą a od niedawna
czwartą. Oczywiście urocze, przy czym Urszula znosi nasze humory,
ale swym uśmiechem i spokojem łagodzi obyczaje, nie zawsze zresztą
szarmanckie. Druga, jak ja to nazywam z "odzysku ( proszę nie
dopatrywać się żadnych podtekstów ) praktycznie robi na nas.
Zbierając reklamy, zbiera pieniądze a bez pieniędzy gazeta by nie
istniała. Robi to dobrze, zjednując nam klientów a tym samym
poszerza krąg czytelników. Widzę, że czasem Teresa jest na nas
"wściekła" i słusznie bo jak to można z takimi
"wariatami" normalnie rozmawiać. Jest jeszcze trzecia dama,
ale jest to raczej istota "niema", czyli pani korektor Mirosława.
To właśnie Ona wyłapuje nasze błędy stylistyczne, czasem choć
bardzo rzadko ortograficzne a najczęściej interpunkcyjne. Te
ostatnie zdarzają się nam wszystkim a z przykrością muszę
stwierdzić, że chyba najczęściej mnie. Czwarta dama jest młodziutka
i przyszła do nas niedawno i dlatego będę o niej pisał dopiero w
dwusetnym ! numerze. Nie byłoby gazety gdyby nie ludzie, którzy ją
składają. Gdyby profesjonalista z ogólnopolskiego tygodnika zobaczył
materiał, który "komputerowcy" mają składać, pewnie od
razu by zemdlał. Ale nie Rafał, czy wcześniej Artur (dziś już na
swoim). Oni z tego robią cuda. Sztuką jest coś napisać ale jeszcze
większą to ładnie oprawić. I to właśnie im zawdzięczamy. Zacząłem
"od tyłu", ale może tak trzeba. Teraz będę znęcał się
nad "wierchuszką'.Nie byłoby gazety gdyby nie było wydawcy.
Normalne. Nie lubię kadzić - wolę przykładać. Karol (Gąsior)
podjął się naprawdę trudnego zadania. Powstaliśmy z niczego. Żadnego
majątku, bez koneksji a wiadomo jakie to dziś czasy. Widziałem
nieraz strach w oczach Karola, który ryzykował własnym majątkiem,
byle tylko gazeta szła. I idzie. Wprawdzie w chwilach szczerości
przygadujemy Mu, że to przecież ludzie częściej przychodzą do
redakcji a nie do drukarni. Trzeba przyznać, że znosi to mężnie,
choć jak wiem to modli się by wybory były co roku ( obojętnie
jakie). Teraz o tych co systematycznie piszą. Od roku czasu współpracuje
z nami Edward ( Posker) człowiek o olbrzymim wachlarzu zainteresowań
od samochodziarstwa, poprzez bibrofile, na architekturze skończywszy.
Bardzo dobre pióro chociaż straszny gaduła. Jego szczerość od
razu zjednała mu sympatię członków kolegium redakcyjnego. A więc
Edziu - tak trzymać. Od jakiegoś czasu czyli chyba od dwóch lat
"odzyskaliśmy" Tośka (Urbańca). Najpierw chował się pod
pseudonimem "Stary Nemrod" mając stały felieton pt.
"Opowieści ( nie ) z tej ziemi. Do dziś nie rozumiem przed kim
się ukrywał. Ale jak znalazł się w stopce redakcyjnej to wiadomo,
że musiał się odkryć i pisze stały felieton już pod swoim
nazwiskiem. Moja skromna osoba była już tyle razy szczypana, że
praktycznie to nie powinienem już prawie żyć choć jak to ktoś
uczenie powiedział," wiadomość o mojej śmierci jest lekko
przesadzona". Mam trochę satysfakcji, że parę spraw udało mi
się z racji mych felietonów załatwić, ku pożytku dla lokalnej społeczności.
Zaś tych, którym w tych stu felietonach "dokopałem"
bardzo przepraszam. I tylko tyle. Od samego początku jest z nami
Tosiek (Matlakiewicz), który pełni funkcję z-cy naczelnego czyli
tzw. wymiatacza. To do niego trzeba mieć pretensje, że idzie ten
materiał a nie inny, że miało być tak a jest czasem inaczej. Swoim
humorem i wściekle krzykliwym głosem rozładowuje niejednokrotnie
"spięcia" w kolegium redakcyjnym, i za drzwiami naszego
biura już panuje zgoda. Obsługując miasto i jego problemy sporo
przyczynił się do rozwiązania niektórych jego spraw, rzetelnie
informując opinię społeczną o wielu nieprawidłowościach, ale także
osiągnięciach władz lokalnych. I wreszcie boss czyli naczelny
Hieronim (Woźniak). Jego marsowa mina niekiedy poraża. W rzeczywistości
jest człowiekiem wewnętrznie ciepłym o ogromnym zasobie wiedzy, której
efekty można znaleźć w Jego tekstach. Poza tym może pochwalić się
wieloma publikacjami czy też wydanymi monografiami. Zgodnie z prawem
dialektyki - że w sprzecznościach rodzi się coś nowego i tak jest
u nas. Przy składaniu materiału możemy sobie skakać do oczu, i często
tak się dzieje, zaś na zewnątrz stanowimy podobno ( chyba zresztą
na pewno ) zgrany monolit. Tak trzymać !
Kazimierz SEMIK
P.S. Wszystkim tym, którzy zamierzają nam nadesłać życzenia z
okazji setnego numeru (a wierzę że tak będzie) z góry serdecznie
dziękuję.